Opowiastki i inne krainy – cz. II

Opowiadanie, psychologia, opowiastki, rozwój

II.

Bukiet Babci

 

Po miesiącu śnieg zaczął topnieć i wkrótce odsłonił pole Dziadka. Zapał Lulusia do szukania kluczyka nie minął, ani zniechęcenie nie śmiało wkraść się do jego dziecięcych postanowień. W pewną słoneczną sobotę ubłagał siostrę, by zabrała go do dziadków, a następnie poprosił Dziadka, by wybrał się z nim na kolejny spacer po polu. Tam, razem z Czarnym – wzorem psiej mądrości i stateczności, długo przyglądał się trawie okalającej wielki kamień, przy którym znaleźli uprzednio kuferek.
   Tymczasem przed Minimini stygła zaparzona przez Babcię herbata. Prawdę mówiąc, nie miała ochoty na herbatę. Przez chwilę używała jej do ogrzania dłoni, a później odstawiła nieco dalej, bliżej środka stołu, by zrobić miejsce na łokieć. Wsparłszy się na nim, ułożyła ciężką głowę na otwartej dłoni i zapatrzyła w przestrzeń za oknem. Od jakiegoś czasu nie sypiała dobrze. Umyślnie przedłużała czas przed położeniem się do snu i zajmowała dziesiątkami niepotrzebnych spraw. Nazajutrz wstawała skwaszona i, choć była na nogach od wczesnych godzin rannych, w pewnym sensie nie budziła się przed południem. Gdy Babcia przyszła z kuchni, niosąc kruche ciasteczka, zmęczona głowa wnuczki kiwała się z lekka na utrudzonym łokciu. Było jeszcze przed jedenastą.
   – Jesteś już zmęczona, kochanie?
   – Tak jakby – odpowiedziała Minimini.
   Babcia usiadła i delikatnie podsunęła jej ciasteczka oraz odtrąconą herbatę.
   – Czy może coś cię trapi?
   – Hm… Tak, trapi mnie konieczność dokonywania wyborów – rzuciła Minimini, kołysząc się bezradnie nad gorącym kubkiem herbaty. – Nie jestem w tym najlepsza… albo po prostu nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
   – Ależ, to się wszystko wyjaśni w swoim czasie – odezwała się cicho Babcia.
   – To jest, Babciu, taka odpowiedź, która nie jest żadną odpowiedzią.
   – Ty tego nie czujesz, poczekaj. – Staruszka pospieszyła do sypialni, wyraźnie ucieszona, iż tak nagle zaistniała sposobność, by się czymś podzielić.
   Minimini wyciągnęła z herbaty cieniutkie pasemko włosów, które niechcący zanurzyła w trakcie przydługiego momentu roztargnienia. Westchnęła ze zniecierpliwieniem i dla pewności odrzuciła włosy na plecy, gdyż w tej kwestii nie mogła sobie ufać. Ostatnim razem udało jej się nawet zamoczyć w zupie włosy związane w kucyk.
   – No proszę, mam jeszcze prawie połowę flakonika. A myślałam, że już się skończyły. – Babcia przyniosła jedne ze swoich ulubionych perfum. Wszyscy w rodzinie dobrze je znali: złoty płyn w eleganckiej buteleczce, zapach nieodmiennie kojarzony z posiadaczką i setką kwiatów. – Teraz, daj rękę – zażądała.
   – Wydaje mi się, że nie używasz ich zimą – zauważyła wnuczka, nadstawiając nadgarstek.
   – Masz rację. To kwiatowe perfumy, dobre zwłaszcza na wiosnę.
   – Ale co mi one powiedzą?
   – A w czym problem?
   – Sama nie wiem. Weźmy na przykład taką Modzię – zaczęła Minimini, przywołując w myślach obraz znajomej. – Ona już wie wszystko. Wie, co będzie robić w życiu. Jest kosmetyczką, ma własny biznes, klientów i niekończące się pomysły na paznokcie. Ma tego swojego Iśka i wszystko zaplanowane. Idealnie, normalnie, w tempo. A ja nic nie wiem. Nie wiem nawet, czy, tak jak Pierwszy, chcę iść na studia. Nie wiem, do czego się w ogóle nadaję.
   – Oj tam, że od razu nic nie wiesz. Rozumiem, że nic nie wiesz, nie licząc tego, czego akurat nie chcesz powiedzieć – odpowiedziała spokojnie Babcia.
   Minimini milczała nieco speszona.
   – Modzia też wszystkiego nie wie, możesz być tego zupełnie pewna. A w ogóle, to jest starsza od ciebie.
   – Ona zawsze wiedziała, co chce robić – nie dawała za wygraną nastolatka.
   – Nie, to nie tak działa. – Głos Babci zabrzmiał stanowczo. – Powąchaj. Co czujesz?
   – Kwiatki, dużo kwiatków.
   – Wiem, że to dla ciebie trudne słowo, ale uważaj: musisz się wysilić.
   Dziewczyna westchnęła.
   – Coś zielonego i cytrusy, i… kwiatki. Nie wiem, trochę jak mydło…
   – A jakie kwiatki, kochanie?
   – Nie wiem, nie znam się na kwiatach. Znam zapach róży, ale tutaj nie czuję róży. Poza tym, nie mam pojęcia.
   – Nic dziwnego, skoro nie znasz zapachu poszczególnych składników. Musiałabyś je poznać i dobrze zapamiętać, a później zastanowić się nieco. Mamy do czynienia z całością, która miejscami jest ciepła, a miejscami chłodna, gdzieś zaiskrzy, by za chwilę zgasnąć. Unosi zapachy w harmonii, mającej swój początek i koniec, swoją własną dynamikę i piękno. To bardzo bogaty bukiet, więc wymienię tylko kilka składników. Z początku czujemy cytrusy i estragon, ale i bergamotkę oraz kwiat pomarańczy. Im dalej, tym więcej kwiatów. Jest i orchidea, i goździk, i bez, i konwalia, a także ylang-ylang, fiołek, irys i oczywiście jaśmin. Z głębi przebija się zapach drzewa sandałowego, mchu i piżma, jak i również woń wanilii i miodu.
   – Sporo, jak dla mnie – osądziła Minimini.
   – Może i sporo, ale warto pojąć sens dzieła. Także w przypadku ludzi.
   – Że niby jesteśmy jak zapach?
   – Jak unikatowa, zagadkowa kompozycja – odrzekła tajemniczo Babcia. – Trochę czasu schodzi na złamanie szyfru, ale uwierz, że to ważne. Lepiej nie podejmować istotnych decyzji, jeśli uważamy się za oranżadkę z domieszką mydlanych kwiatów.
   – Czyli najpierw uczymy się abecadła, potem czytamy całość… No, trochę schodzi – przyznała wnuczka.
   – W przypadku perfum zapachy z serca kompozycji docierają do nas w drugiej kolejności (po tych z pierwszej fazy) i trwają przez jakąś godzinę, a dopiero na samym końcu pojawiają się nuty głębi, trwające od kilku do kilkunastu godzin. Czas jest niezbędny. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to uważam, że nie należy się zanadto spieszyć. Jeśli tylko nie próżnujemy, to nie ma znaczenia, kiedy zrozumiemy podstawowe akordy, czy to będzie za pięć czy za dziesięć lat. To nie jest zbyt wygórowana cena za wiedzę kim się właściwie jest i czego się naprawdę chce. Wielu ludzi nigdy się tego nie dowiaduje.
   – Cudownie. Już się domyślam, w której grupie będzie się rozgrywał mój dramat.
   Babcia roześmiała się, widząc, że Minimini jest już w swoim żywiole. Bądź co bądź, udało się ją czymś zainteresować.
   – Ale jesteś niecierpliwa! Jest coś jeszcze. Zdarza się, że kompozycja wymyka się utartym schematom i jest bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawało. Wtedy potrzeba znacznie więcej czasu, za to efekt bywa naprawdę imponujący.
   – Tak, to logiczne – zamyśliła się Minimini. Bezwiednie sięgnęła nawet po herbatę, na którą wciąż nie miała ochoty. Koncepcja miała swój urok, ale też nie pozostawiała miejsca na beztroski optymizm. Co to miała być za atrakcja, ten powolny marsz ku wewnętrznym, ukrytym nutom zapachowym? Może pięć lat, może dziesięć, a może, patrząc na Babcię, i więcej nawet… Brr, Minimini aż otrząsnęła się z zimna. Przebiegł ją dreszcz, jak gdyby wyrzut sumienia. Czyli, biorąc wszystko pod uwagę, z zasady nie może być łatwo, nie może być zaraz? A to ci…
   W międzyczasie wrócił rozpromieniony Luluś. Babcia podeszła, by zbadać zjawisko radosnych wypieków na jego twarzy.
   – Pokaż, nie zgrzałeś się?
   Malec poddał się kontroli.
   – Szukałem kluczyka, Babciu!
   – I cóż, znalazłeś?
   – Nie – przyznał Luluś bez żalu. Najwyraźniej wcale nie cierpiał z tego powodu. – Ale kiedyś jeszcze znajdę!
   – Dobrze, ale najpierw napijesz się herbaty – zapowiedziała Babcia i udała się do kuchni, gdzie Dziadek już rozstawiał kubki.
   Luluś podbiegł do kuferka, by wyciągnąć ukryte przed miesiącem, całkiem wysuszone ciastko. Następnie, również biegiem, dotarł do jedynego płynu w pobliżu, czyli herbaty siostry, i zamoczył je z niemałą uciechą.
   – Co ty robisz, dziecko? – zapytała Minimini, gdy już ruszał, tym razem w podskokach, w kierunku posłania Czarnego.
   – Dam mu ciastko, bo mi dzisiaj bardzo pomagał.
   – Niepotrzebnie moczyłeś. On ma zęby.
   – Nie wszystkie! Widziałem!
   Minimini odwróciła się znów do okna, by nie oglądać tego, jak namoczony kawałek ciastka zaraz znajdzie się na dywanie, a potem, najpewniej, zostanie wdeptany w jego wypielęgnowane włosie. Przystawiła znów nos do nadgarstka.
   – Nuty serca, jakieś sześćdziesiąt minut, nuty głębi, co najmniej kilka razy po sześćdziesiąt minut…