Pierwsze imię samotności

samotność, saint-exupery, modlitwa samotności, psychologia

Mówiąc o samotności, możemy mieć na myśli różne jej rodzaje. Samotność ma wiele twarzy i wiele imion. Dziś opowiem o jednej z jej odmian – tej najważniejszej, bo przyklejonej do swojego nosiciela od środka, całkiem wewnętrznej i odpornej na obecność innych ludzi. Nie będę jednak rozwodzić się nad jej przyczynami, a raczej skupię się na objawach i skutkach, czyli nie na tym, co było, ale na tym, co jest – gdy ona jest.

Nawet w przypadku tej odmiany samotności pierwszym, co przychodzi do głowy, gdy ją odczuwamy, jest wyjaśnienie jej obecności brakiem pożądanych osób. Pożądanych, czyli takich, które zaspokajają nasze potrzeby, sprawiają, że czujemy się ważni, kochani i potrzebni oraz nas wspierają i rozumieją. Ci, których znamy nie są w stanie nam tego zagwarantować lub już nie są w stanie (ponieważ kiedyś byli). Wydaje nam się, że to ich wina lub niefart, fatum, zły los, który jednych hojnie obdarzył, a nas zostawił z niczym. Nie jest tak w tym wypadku. Każde gorączkowe i długie poszukiwania takich ludzi ostatecznie (po tym jak miną pierwsze radosne dni, miesiące lub lata znajomości) zakończą się fiaskiem. Musi się tak stać, gdyż nawet gdyby ci ludzie nie pragnęli niczego innego poza nieustannym obdarowywaniem nas (a nie jest tak nigdy, gdyż sami również mają wielkie potrzeby), to i tak wreszcie okazałoby się, że oni zwyczajnie nie mają tego, czego tak bardzo chcemy. Żaden człowiek nie zaspokoi wszystkich naszych potrzeb. Z tej perspektywy, nie ma żadnego znaczenia, czy będziemy spędzać życie sami, czy z kimś, i tak poczucie samotności będzie chodziło za nami krok w krok.
 

Czy ja to ja

Czy oznacza to, że w takim razie nie ma ratunku? Oczywiście, że nie. Trzeba jednak wyzbyć się nierealnych oczekiwań i skupić na rzeczywistości. Bliskość z drugim człowiekiem jest jak najbardziej realna i potrzebna. W dużym stopniu polega jednak na akceptowaniu wzajemnej niedoskonałości. Dlatego najpierw należy osiągnąć dostateczną bliskość z samym sobą. Jakim cudem moglibyśmy poznać kogoś ze sobą, jeśli sami siebie nie znamy? I jeśli z uporem nie chcemy przyjąć do wiadomości niektórych dotyczących nas kwestii, np. zranień, wad i słabości? Gdy stworzymy związek, nie przyznając się przed sobą i wybraną osobą do tego, kim naprawdę jesteśmy – nie liczmy na prawdziwą bliskość i nie liczmy na wypełnienie pustki samotności. Jeżeli natomiast będziemy umieli naprawdę trwać przy sobie samych (być sobą, a nie udawać wyimaginowany obraz siebie), będziemy też potrafili naprawdę trwać (i wytrwać) przy innych. Najbardziej samotni są ci, którzy postrzegają samych siebie jako obce, nieprzewidywalne istoty i uważają się za kogoś, kim nie są.
 

Miejsce moje jedyne

Z tym łączy się aspekt czegoś, co górnolotnie moglibyśmy nazwać powołaniem. Każdy ma swoje miejsce, z którego wyrusza na podbój świata. Coś, w czym sprawdza się najlepiej i co w głębi duszy pragnie robić. Coś, co inni najbardziej w nas cenią i czego autentycznie potrzebują. Czasami już samo zajmowanie się tym poważnie osłabia ukłucia samotności. I odwrotnie – wypełnianie bezcennego czasu swojego życia wykonywaniem czegoś zupełnie innego i w ogóle do nas nie pasującego, może owocować wewnętrzną pustką, poczuciem straty czasu oraz pytaniami o sens pracy i egzystencji. Chcemy być potrzebni innym, nawet jeśli nie możemy w danej chwili z nimi przebywać. Świadomość, że mamy swoje jedyne i niepowtarzalne miejsce, które także dla dobra innych powinno być przez nas zajęte, sprawia, że czujemy się częścią czegoś większego – nie jesteśmy sami i nie jesteśmy tylko dla siebie (co za ulga…). Czasem jest tak, że rozmaite wymagania, ambicje i warunki prowadzą nas zupełnie w innym kierunku. Próbujemy wtedy wypełnić życie czymś innym, choćby nowym samochodem lub ciekawym kursem, wycieczką czy znajomością. To jednak nic nie da – i tak nie będziemy u siebie, a w jakiejś innej dziwnej bajce. Gdzie jest nasza opowieść i gdzie moglibyśmy ją odczytać? Czy jej nie znamy, czy nie chcemy poznać?
 

Pozorna bezradność

I wreszcie coś, co często nie pozwala samotności odejść. To nasze przywiązanie do istniejącego stanu rzeczy. Na pewnym etapie, po licznych próbach wydostania się z kokonu samotności, zaczynamy przeczuwać, że wszystkie możliwości zostały już wyczerpane. Dalsza walka wygląda na bezsensowne uderzanie głową w ścianę. Wtedy wzbiera poczucie bezsilności i pojawia się decyzja o pozostaniu w samotnym, ale względnie bezpiecznym miejscu. Uderzanie głową w ścianę jest przecież bolesne, a trwanie w bezradnym oczekiwaniu (może kiedyś los się odmieni?) zdaje się w pełni usprawiedliwione. To duży błąd. Już sam fakt trwania w bezradności pogłębia naszą samotność. Bezradność zaś może dotyczyć najróżniejszych problemów, z którymi pozostajemy sami. Musi tak być. Nikt nie wykona za nas naszego zadania. Nie ma innej drogi do przecięcia takiej samotności, niż zdobycie kontroli nad własnymi działaniami i rozpoczęcie nieraz długiej i mozolnej drogi ich systematycznego rozwiązywania. To rzeczywiście długi dystans, ale tak jak i wszystkie inne rzeczy na świecie, ma swój koniec – nawet jeżeli wydaje nam się to niemożliwe. Najczęściej nie znajdujemy wyjścia dlatego, że tak naprawdę wcale nie chcemy go znaleźć, nie podoba nam się perspektywa uciążliwej wędrówki. Domyślamy się, gdzie powinna się ona zacząć, jednak nie stać nas na podjęcie faktycznie zobowiązującej decyzji, takiej, która będzie miała moc. Cóż, szczęśliwy ten, kto wcześniej wyruszy.
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *