Zawsze są te dwa wyjścia – co robić kiedy przygniata kryzys

kryzys, pokora, walka, pokonywanie trudności, psychologia

Jest taka kategoria doświadczeń, które można by nazwać przełomowymi, trudnymi, kryzysowymi. Kiedy coś uderza nagle z wielką siłą albo stwierdzamy, że „miarka się przebrała”. Kiedy czujemy się przygnieceni i powaleni na kolana, a głównymi towarzyszami stają się: wstyd, rozczarowanie, upokorzenie, osamotnienie, lęk i poczucie winy. Mówimy czasem, że złamano nam serce. Coś zraniło zbyt mocno i zachwiało samą głębią osobowości, naszym ja, naszym obrazem siebie, naszą samooceną.

W tej kategorii mogą mieścić się rozmaite sytuacje, np.: krzywdy wyrządzone przez bliskie osoby, rozrośnięte i wyczerpujące konflikty, dramatyczne zrządzenia losu, liczne próby pokonywania trudności i podejmowania wyzwań kończące się niepowodzeniami, nadmiar kłopotów, nieznośny ciężar chorób i sytuacji, które wydają się nie mieć wyjścia.

We wszystkich tych doświadczeniach mamy jednak wybór. Są dwie główne drogi. Obyśmy wybrali dobrze.

Droga pierwsza – trzaśnięcie drzwiami

Tej drogi w zasadzie nie uznaję za pierwszą i szczerze odradzam. Zajmę się nią jednak teraz w pierwszej kolejności. Częściowo dlatego, że ona sama najłatwiej się narzuca i pierwsza staje otworem, gdy poczujemy, że już mamy wszystkiego dosyć. Wkraczamy na nią, gdy decydujemy, żeby w specyficzny sposób powiedzieć „nie”: nie, nie będę się już starać, nie wybaczę, nie będę więcej próbować, już się nie podniosę, nigdy się nie odezwę, nie będę nic naprawiać, nie będę nic zmieniać, nie odpuszczę, nigdy nie odpuszczę, zemszczę się, jeszcze mnie popamiętają itd.

Zdaje się, że takie podejście pozwala na obronę siebie i zachowanie „resztek godności”, ale rzeczywistość pokazuje coś innego. Jeżeli w swoim zranieniu postanowimy zamknąć się w ochronnym kokonie, to ostatecznie pogrążymy się jeszcze bardziej. Będziemy tam sami, a zatrzymany ból, żal, urażona duma i rozgoryczenie wkrótce zaczną brzydko pachnieć. Zostanie już tylko mnożenie szeregu wrogów i winnych naszemu nieszczęściu, bolesna samotność i sarkastyczne żarty.

Oczywiście może nam się przez jakiś czas wydawać, że wszystko jest w porządku albo i lepiej. Zauważymy, że ludzie zaczęli przechodzić obok nas na palcach, liczyć się z naszymi humorami i ciętym językiem. Poczujemy przypływ jakiegoś rodzaju władzy i złudną satysfakcję z postawienia na swoim. Wystarczy jednak, że ktoś lub coś uderzy w nasz słaby punkt – wciąż jątrzącą się ranę, której sami nie pozwalamy się zagoić, a znów zawyjemy z bólu i będziemy walczyć zajadle, ale bez sensu. Ta historia wciąż będzie się powtarzać i jeśli nie staniemy się całkiem ślepi, to zauważymy w końcu, że nie idziemy do przodu, ale utknęliśmy i stoimy w miejscu. Zamknięcie się w sobie nie uratuje nas – pragnąc się w ten sposób ratować, zrobimy sobie jeszcze większą krzywdę.

Droga druga – pochylenie głowy

Jest i inne wyjście. Dla tych, którzy są naprawdę twardzi (lub chcą się tacy stać), bo tutaj trzeba dać wycisk sobie. Tak naprawdę jest to droga dla wszystkich, którzy po prostu chcą być zdrowi i nie gotować się w sosie zalegających emocji i uraz. Jej trudność polega na porzuceniu strategii użalania i buntowania się, a przyjęciu pokornej postawy ucznia, który zebrawszy różne doświadczenia, wyciąga z nich wnioski i postępuje dalej pomimo początkowej niechęci i kompletnego braku motywacji. Właściwym słowem jest tutaj właśnie pokora, gdyż potrzeba jej sporo, by przyznać się do bezradności i pogodzić z koniecznością zaczynania wszystkiego od nowa – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy) gdy to nie my zawiniliśmy.

Coś znów się nie udało (a wcześniej nie udawało się już dziesiątki razy) – widocznie wciąż robimy to źle, ale spokojnie, mamy wrodzoną zdolność ciągłego uczenia się i jeśli będziemy wystarczająco wytrwali, prawdopodobnie zdobędziemy wreszcie potrzebną wiedzę. Być może pojawią się chwile zwątpienia, ale poddać się im to jak zatrzymać w miejscu i czekać, aż ktoś weźmie czarodziejską gumkę, wymaże to, co nas boli, a potem umieści zadowolonych w innym, wygodniejszym położeniu. Byłby to może dobry plan, gdyby nie fakt, że jest zupełnie nierealny. Jeśli naprawdę utkniemy, to stracimy tylko czas oraz okazję do zmiany na lepsze, a do tego opadniemy z sił i być może poddamy się stagnacji.

Ktoś nas skrzywdził – nic nie da koncentrowanie się na jego winie, nie mamy też wpływu na to, czy zdobędzie się na przeprosiny i skruchę. Nie możemy na siłę zmienić kogoś, możemy zmienić tylko siebie – wypracować dojrzałe podejście, pogodzić się z zaistniałą sytuacją, darować urazę, by uzyskać ulgę i lekkość, która przychodzi, gdy zrzucamy „kamień z serca”.

Nie ma co ukrywać, na początku ciężko się dźwignąć, ale za to późniejsze korzyści wynagrodzą tę przykrą walkę. Zyskamy spokój ducha, umiejętność cieszenia się z małych rzeczy, łagodniejsze spojrzenie na innych i satysfakcję z przebycia niełatwej przeprawy. Zauważymy też, że minione bóle i trudności nie będą już budzić tak skrajnych emocji. Nie będą powodem wewnętrznego wrzenia, a pamięć o nich nie obudzi trawiącej nas skrycie złości czy depresyjnego smutku. Przestanie w nas płynąć trucizna. Jednym słowem uda się stanąć ponad tym wszystkim, a na tej wysokości nie czuć już wcale słabości, podłamania i upokorzenia, ale siłę i odwagę do dalszej wędrówki, do zdobywania kolejnych szczytów.